Relacja z Przygodowego Rajdu Orła Bielika 2004

 

BnO

Wystartowaliśmy…. od początku dobre tempo, wkoło znane twarze, Grzesiek odskakuje gdzieś w bok, bez wahania rezygnujemy z tego wariantu. Przybiegamy do punktu, robi się tłok, głupio pytam Maćka, gdy już odbiegliśmy, czy podbijać swoją kartę. Muszę wracać parędziesiąt metrów i gonić mojego partnera. Dobiegam i biegniemy dalej, wkoło Stwory oraz Róża Wiatrów. Jak na takie tempo dyszę jak parowóz, czuje dziwne napięcie w prawej łydce, luzuje ją przez parę km, w końcu napięcie ustępuje. Mały błąd w orientacji i już musimy gonić Stwory, jak się okazuje do końca biegu bezskutecznie. Ostatni punkt i do bazy, mijamy sprawnie Róże Wiatrów, trochę orientacji w mieście i na czwartej pozycji meldujemy się przy kajakach. Tego się spodziewałem.

 

Kajaki

Bierzemy przepak i pakujemy się do kajaków. Wielki pośpiech, no tak myślę sobie, teraz zasmakuje prawdziwej przygody wartko odpychając się od wody. Mercedesem wymijają nas Majonezy. Jezu patrzę kontem oka, jeśli wszyscy będą sobie z nami tak radzić to, to będzie horror. Ale, myślę, mam partnera, który mi pomoże, więc do plaży jakoś się dobujamy. Spadamy na 7 pozycje. Ręce drętwieją, chce się pić, pojawiają się problemy z siłą, zaczynam testować technikę. Kajak robi się zbyt mały, wyczyniam cuda z nogami, pracujące po raz pierwszy w takich warunkach mięśnie kurczą się. Słońce świeci, pojawia się coraz większe pragnienie, muszę sięgać po butelkę, żeby się nie wypompować. Maciek wiosłuje. Muszę się doładowywać batonami. Trzymamy się zespołu przed nami. Zipie jak lokomotywa, pytam, czy Maćkowi to nie przeszkadza, mówi, że ok. Punkt kontrolny - Maciek wyskakuje. „Tu jest woda” mówię, mało go to obchodzi w butach pakuje się na brzeg i podbija. No tak myślę, pozbądź się złudzeń - to jest rajd, a nie majówka. Dobra myślę, nie boję się, Maciek wskakuje i dawaj gonimy, często zmieniamy technikę, udaje nam się trzymać zespołu z przodu, zaczyna brakować sił, boli mnie ręka pod łokciem, nie pamiętam, żebym się gdzieś uderzył. Jeśli utrzymamy się to będzie chyba wszystko, na co nas stać. Czasem kątem oka zerkam na Maćka, to mi dodaje energii, bo jeśli on może to ja też. Wypływamy z rzeki w morze, fale zalewają kajak, straciłem nadzieje, że zachowam coś suchego na bieg. Mijamy falochron i po chwili musimy się wyplątać z żyłek wędkarskich. Łapiemy fale i dobijamy do brzegu, giną mi batony, pewnie wchłonęło je morze – myślę, albo w ferworze walki pożarłem je sam. A szkoda, bo tam miałem takie zajebiste Princpolo, które miało być nagrodą na plaży, nie byle czego, bo przepłynąłem za jednym zamachem tyle, ile dotychczas w sumie od początku istnienia. Nie ma nagród, nie ma czasu. Po paru chwilach startujemy, ktoś krzyczy, że Kiełbasa biegnie, myślę sobie, no jest twardy rzeczywiście i radośnie przebieram nogami do przodu…

 

Etap pieszy

Zaczynamy biec. Drobie kroki, żeby nie biec siłowo. Maciek chyba też tak zwykle nie biega, o dziwo nic nie mówi o tempie, więc biegniemy, mijamy Różę Wiatrów. Trzymam szczenę za zębami, ale faktycznie biegnie mi się coraz gorzej. Dożywiam się i piję. Potem jest trochę lepiej, ale w końcu łapie film na latarnię, a nie na ostatni punkt na plaży. To dobrze nie wróży. Przed latarnią słabnę, zaczynam dywagować jak nam w tym rajdzie idzie i wychodzi mi, że dobrze. Podbijamy punkt, Maciek odciąża plecak, faktycznie trochę mu się na plaży majtał. Próbuje biec dalej, ale mam problemy z oddechem, przechodzę w marsz. Maciek pyta się, co jest, uspokajam go, później okaże się, że za słabo. Brzeg plaży zmienia się na gorszę. Maciek zachęca mnie do biegu podbiegając od czasu do czasu - bezskutecznie. Parę km i jesteśmy na końcu OSu, z ulgą opuszczam plażę. Podbijamy, pijemy, pijemy, pijemy i dawaj w głąb lądu.

Wrzucam siódemkę, łatwo zdobywamy punkty, często podbiegamy, Maciek bardzo dobrze nawiguje, ja staram się sprawdzać. Często najkrócej jest torami - co wykorzystujemy, są zapuszczone, jest przez to trochę łatwiej stawiać stopy, przynajmniej dla mnie. Pogoda dobra. W pewnym momencie zauważam czołówki z przodu, wyprzedzanie daje kopa, więc bujam wartko. Doganiamy Adventura, Maciek wymienia parę zdań i napieramy dalej. Jest ciepło, nie pada, mam duże pragnienie, piję zdrowo, choć zachowuje żelazne zapasy. Na punkcie na polu nierozważnie nie ładujemy camelbaków, później się okaże, że to ostatnia woda na trasie. Za jakiś czas mijamy Majonezy, przysypiają, więc proponuję guaranę. Nie mam czasu się przyglądać, to zawodowcy, których należy się bać. Wcześniej czy później Maciek skręca nogę. Będzie miał z nią problemy do końca, z czasem coraz większe. Sygnalizuje kontuzje, zastanawiam się, czy to coś poważnego. Napieram dalej do przodu, myślę im szybciej wskoczymy na rower, tym lepiej. Maciek nie kwestionuje tempa, ani sposobu poruszania się. Łapią nas dziennikarze, każą parę razy się ustawiać do zdjęcia, trochę mnie tym denerwują. To nie Zoo, tylko zawody mówię w myślach. Zaczynam się zastanawiać nad szansami na dłuższy bieg w końcówce, choć czuje, że Maciek ma przez kontuzje coraz większe problemy by równać. Jesteśmy coraz bliżej pływania, ale tempo siada. Brakuje też wody, trochę nonszalancko liczyliśmy na nią na ostatnich punktach. Maciek ma coraz większe problemy ze stopą, czasem syczy. Jest mu coraz bardziej źle. Zaczyna zdrowo padać. Przebieramy się i opróżniamy camelbaka do ostatniej kropli. Strata do liderów jest do przełkniecia, ale tempo coraz wolniejsze, rezygnuje z holowania Maćka i staram się dotrzymywać mu kroku. Czasami z tyłu widzę jak cierpi. Czuje, że rajd wymyka mi się, ale jestem spokojny, bo widzę, że partner robi co w swojej mocy, a nawet więcej. Dochodzimy do kamienia, proponuje podbicie punktu, ale Maciek sam chce to zrobić. "Co za Typ" myślę. Pojawiają się emocje jakbym oglądał zawody wspinaczkowe w TV, widzę jak szuka chwytów, jak gramoli się na kamień i potem próbuje zejść. Odetchnąłem jak zszedł, choć moje serce zatrzymało się na chwilę, jak opadł do wody. Jest trochę picia, to dodaje mi energii, ale Maćkowi nie pomoże. Doczłapujemy do 17PK, Maciek zdejmuje buty i przebiera się w piankę, zaczynam przysięgać, że zaczynam się uczyć kraula. Żabką tego nie przepłynę - kurna myślę. Kostka nie wygląda bardzo fatalnie, ale na pewno Maciek nie wsiądzie na rower. Maciek wchodzi do wody, ja do kajaka i zaczynamy płynąć. Wcześniej proszę o specjalną asystę ratowników. Płyniemy, bardzo się bałem o Maćka, pracował jedną nogą, przez pół dystansu szło mu w miarę, ale potem słabł w oczach. Walczył, Jezu. Starałem się go dopingować, bo co mogłem zrobić. Motorówka daleko, a Maciek podpływał powoli do przepaku, podpływał coraz bardziej powoli, aż podpłynął, wyciągnęli go z wody, sprawiłem kajak i weszliśmy do hangaru. Przeraźliwie dygotał. Oswobodzona z buta kostka bardziej napuchła, tak, że wszelkie ruchy były niemożliwe. Po przebraniu Maciek poleca podprowadzić rower i nawet stawia nogę na pedale, ale ostatecznie jego myśl o ukończeniu rajdu kona. To koniec rajdu.

 

Koniec

Biorę prysznic i nie będąc pewnym czy zajmą się troskliwie moim partnerem wsiadam na rower i ustalam nowe założenia. Samotnie pokonuje całą trasę, nie wykonując ZS. Na ostatnim OSie doganiają mnie Morskie Stwory, cieszę się, bo było ciemno i już widziałem same czołówki wkoło, takie zmęczenie. Razem dojeżdżamy do przeprawy promowej. Tam zaczynam mrużyć oczy i odpływam, Stwory coś tam opowiadają, ale ja już żegluje w swoim świecie i tylko nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę Maćka.

 

[powrót..]