KGP Tour 2001
Na pomysł zdobycia korony gór polskich w ciągu jednej wyprawy wpadłem na początku tego roku. Chcąc znaleźć jakieś informacje na temat czerwonego szlaku Karpat, natrafiłem na stronę Klubu Zdobywców Korony Gór Polskich. Już od miesięcy chodził mi po głowie pomysł, żeby sobie porządnie w lecie pochodzić w górach, a że od jakiegoś czasu wykazywałem ciągoty do wspinania w prawdziwym tego słowa znaczeniu, pomyślałem, że fajna by to była zaprawa przed ewentualnymi dalszymi wypadami w góry. Tak, słowo zaprawa jest tu jak najbardziej na miejscu. Liczyłem na ostrą, ponad trzytygodniową harówę, a nie na grzanie dupska w promykach lipcowego słońca. Oryginalnie miałem zamiar pokonać piechotą jakiś dłuższy odcinek (myślałem nawet nad przejściem całej południowej granicy). Innym pomysłem było pochodzenie sobie w wybranych górach(tu w grę wchodziło wałęsanie się po Sudetach, albo po Tatrach). Oba przedstawione wyżej pomysły padły, gdyż zostały wcześniej wcielone przez kogoś w życie. Chciałem sobie wykombinować coś nowego i wykombinowałem sobie, że się wdrapię na te 28 szczytów. I już się cieszyłem, wyobrażając sobie hektolitry potu wylane codziennie na stoki, i już liczyłem ile to kapusty zeżre ta nasza wspólna wyprawa, ponieważ chęć wspólnej wędrówki wyraził mój przyjaciel Jarek, kiedy nadszedł długo oczekiwany pierwszy dzień wyprawy...
Dzień
pierwszy "let the music play..."
Zaczęło się tradycyjnie. Nie zdążyłem na autobus i musiałem biec na dworzec. W
pociągu im głębiej w Polskę, tym większe Kongo. W nocy jedziemy już w komplecie.
Większość śpi, ja nadstawiam ucha, bo gościu obok pracuje w ośrodku wychowawczym
chyba dla niedorozwiniętych i opowiada do czego mogą się oni posunąć, żeby się
na jakiś czas stamtąd wyrwać. Naraz jakaś baba wchodzi i robiąc raban
niesamowity mówi do Jarka siedzącego pod oknem, że ona chce tu usiąść i proszę
ją wpuścić. Wszyscy się nabijają, bo komedia niesamowita. Nigdy mi się nie
zdarzyło coś podobnego, a przecież pociągi to dla mnie chleb powszedni. Ale baba
usiadła na miejscu Jarka i jeszcze jej było mało, bo jechałaby tyłem do pociągu,
więc chciała wypiepszyć dziadka z naprzeciw, wyglądającego tak z 20 lat starzej
od niej. Zaczęła pokazywał jakieś papierzyska, że chora i w ogóle. Ale dziadzio
się nie dał. To poszła w ogóle w cholerę, a szumu narobiła! Parę przedziałów
dalej jechali rezerwiści i im się wpiepszyła. Moje kondolencje. Rano stanęliśmy
w Szklarskiej. Początki wszystkiego są zawsze najtrudniejsze. Te trzy tygodnie
nauczyły mnie tego, że kiedy zaczynamy coś robić, i widzimy cel, który sprawiłby
nam satysfakcję, to warto zacisnąć zęby, wymamrotać, że teraz musi być już tylko
łatwiej i robić swoje, póki nie przyjdzie owo łatwiej. Pierwsza stromizna na
którą się wdrapywaliśmy, zmusiła nas do dużego wysiłku i przyznam szczerze, że
przez myśl przemknęło mi, że "ciężko będzie". Jeszcze nie przyzwyczajeni do
codziennego wysiłku, posuwając się rozregulowanym co tu dużo mówić tempem,
mokrzy jak szczury, idąc podręcznikowym czasem zdobyliśmy Wysoką Kopę nie bez
problemów. W pewnym momencie czerwony szlak urwał się, wyprowadzając nas prosto
na stromiznę wyrobiska kopalnianego. Obeszliśmy go z lewej, odnajdując szlak w
trójkę, gdyż od pewnego czasu przyłączyliśmy się do gościa, który okazał się być
przewodnikiem sudeckim z Legnicy. Miał zarąbisty album i gadał ani za dużo ani
za mało. Dużo wiedział o Koronie, poszczególnych szczytach i szlakach na nie.
Wiele się od niego dowiedzieliśmy i z tego miejsca go serdecznie pozdrawiamy.
Dużą trudnością było odnalezienie na bezleśnym szczycie pachołka szczytowego.
Znaleźliśmy w końcu pachołka, którego p. Bezeg uznał za szczytowego, choć iksa
na nim nie było. Moje poszukiwania nie przyniosły rezultatu i bez głosu
sprzeciwu uznaliśmy, że jesteśmy na szczycie. Sesja zdjęciowa, kanapki,
czekolada, picie i niebieskim szlakiem po dwóch godzinach w Szklarskiej Porębie.
Piękna pogoda podczas tej eskapady i jak później się okazało podczas wszystkich
naszych sudeckich szczytów oferowała piękne widoki na Karkonosze. Ze Szklarskiej
pojechaliśmy autobusem o godzinie 18:00 do Karpacza, gdzie zanocowaliśmy na
granicy Karkonoskiego Parku Krajobrazowego w miejscu, które do k.... n... sam
znalazłem. Wydawało mi się ono proste, a jednak całą noc uczyłem się do zjazdu i
myślę, że spróbuje powalczyć o medal na olimpiadzie w Salt Lake City w 2002 r. w
tej właśnie konkurencji.
Dzień Drugi "klejarze".
Wczesnym rankiem, jak Jarek się obudził zwinęliśmy namiot, zrobiliśmy sobie
wystawne śniadania przed świątynią Wikingów Wang i ruszyliśmy zielonym szlakiem
na Śnieżkę. Za wczesna to była pora jak dla bramkarzy Karkonoskiego Parku
Krajobrazowego, więc ruszyliśmy przez nikogo nie zatrzymywani. Szło się
wybrukowaną drogą i popijało mleko tu i ówdzie unoszące się nad łąkami. Widoki
były jak to z rana nieciekawe, ale po raz pierwszy poczułem, że jestem w górach.
Szumiące strumyki, podśpiewujące ptaki i to świeże, górskie powietrze to to, na
co czekałem długie miesiące. Po dotarciu do Strzechy Akademickiej (1258 mnpm)
zrobiliśmy sobie półgodzinną przerwę w marszu, którą Jarek zapił malinową
herbatą, czym mnie wprawił w zdziwienie, że sobie pozwala na takim niskim etapie
naszego tour`u. Zrozumiałem go, kiedy tylko opuściliśmy Strzechę. Przez następną
godzinę szliśmy odsłoniętym stokiem i p...... jak na Uralu. Zacząłem już
żałować, że na dychę nie wygrzałem dupska w saunie u Akademików, kiedy doszliśmy
do Schroniska Dom Śląski, do którego nie zajrzeliśmy i niejako z rozpędu
zatrzymując się 39 razy osiągnęliśmy szczyt.
W Schronisku "Na Śnieżce" jakaś rodzinka zajadała się spagety. Zalatywało to do
nas, ale mimo naszych najszczerszych chęci nasze fundusze ocalały. Kiedy jądra
się już zupełnie rozkurczyły zeszliśmy ze szczytu zatrzymując się w Domu Śląskim
na herbatę za 2 zety, a Jarek zaszalał i wzion se z cytryną za 2 i pół. Jarek
popisał kartkę, zjedliśmy czekoladę, która Jarkowi ocalała z pociągu. Po mało
zaczęło robić się mrowisko więc ruszyliśmy żółtym szlakiem do Karpacza, skąd
pojechaliśmy do Kowar. Pierwotnie planowałem zdobyć trzeci szczyt nie jadąc z
Karpacza do Kowar aurobusem, lecz schodząc ze Śnieżki do przełęczy Okraj i dalej
na Skalnik, czego nie potrafiłem jednak skutecznie przeforsować. Z Kowar
przeczekując, aż burzowe chmury oddalą się na bezpieczną odległość, porzucając w
lesie dla ułatwienia plecaki, maszerując w chmurze much osiągnęliśmy zarówno
szczyt, który tworzył kopczyk kamieni oraz pieniek z tabliczkę, oraz weszliśmy
na znajdującą ok. 100m skałę, gdzie już w sześciu rozkoszowaliśmy się pięknym
widokiem na pobliskie góry.
Na szczycie bowiem zjawiliśmy się w samym środku balangi, na której główną
atrakcją było wąchanie kleju. Chłopaki z Wrocławia tak tego kleju mieli mało, że
żal nam się zrobiło ich objadać, czy lepiej powiedzieć obwąchiwać, czy jak kto
chce. Zdjęcie z czterema klejarzami na szczycie góry byłoby wielką atrakcją,
lecz, mając na względzie dobro Jarka jak i mojego, mającego niespełna 46 godzin
aparatu, nie jesteśmy w posiadaniu takowego zdjęcia. Potem do Kowar, z Kowar
busem do Jeleniej, z Jeleniej busem do Wojcieszowa, w Wojcieszowie na pole
namiotowe, które zostało zlikwidowane, ale właścicielka pozwoliła się nam rozbić
za darmochę pod jej głośnym, bo zapchanym studentami hotelem "Holland", ale nie
pozwoliła obmyć pisiorów pod bieżącą wodą. Śpimy.
Dzień trzeci "księżulo".
Pobudka i zajebiiiste słooońce, jak od samego początku. Chodzić w nim nie
sposób, ale przynajmniej dla mnie w deszczu jeszcze gorzej. Z rana na Skopiec,
idąc w olbrzymim ukropie, mijając co rusz studentów geologii (o ile dobrze
pamiętam) z poznańskiego uniwerka, którzy mieli w tych okolicach jakieś praktyki
i grzebali czekanami tu i ówdzie. Jak by ktoś nas zobaczył jak grzebiemy
czekanami tu i ówdzie to by widząc nas już opłakany stan pomyślałby pewnie, że
sobie szukamy robaków na obiad. Szczyt Skopca stanowi polana z młodymi świerkami
gdzieniegdzie. Nie ma tam żadnej tabliczki, więc się trochę zastanawialiśmy, czy
aby na nim jesteśmy. Na szczycie charakterystyczny wyrwany korzeń, oraz widok
tylko z jednej strony na. Po powrocie do Wojcieszowa, próbując się z niego
wydostać, zaobserwowaliśmy, że ludzie w tej wiosce pracują na akord, bo
kogokolwiek nie spytaliśmy o autobus do Jeleniej, ewentualnie do Kamiennej Góry
odpowiadał, że może przyjedzie..., że może o trzeciej będzie jakiś i.t.d. Było
to doprawdy zabawne, gdy wszyscy ludzie na przystanku zastanawiali się o której
przyjedzie autobus. W końcu przyjechał i wróciliśmy do Jeleniej. A stamtąd
jeszcze tego samego dnia dostaliśmy się przed 17.00 do Boguszowa Gorców. Wczesna
godzina, spać gdzie nie ma, więc co tu robić? Drogowskaz wskazuje Chełmiec 869m.
Nie ma wyjścia - dawaj mówię do Jarka. Zielonym w niedługim czasie osiągnęliśmy
szczyt. Nie było stromizn, trasa dobra do jazdy na rowerze i biegania, co
dostrzegli organizatorzy Sudeckiej Setki, która tu właśnie się odbywa co roku w
czerwcu. Na szczycie dużo gratów, jakieś więzienie, jakieś ruiny, jakiś 15
metrowy krzyż. Zeszliśmy słabo oznaczonym żółtym szlakiem do Wałbrzycha.
Wałbrzych jest specyficznym miastem, gdzie prywatni przewoźnicy wcinają się w
zyski nie tylko PKS-owi ale również miejskiej komunikacji. Prywatne busiki
pałętające się po mieście są tak powszednim widokiem jak grzyb na ścianach
kamienic w Wałbrzychu. Miasto to wywarło na mnie niekorzystne wrażenie, bo jest
brudne, nudne i rozlazłe i prawdopodobnie mieszka w nim taki dupek co jeździ
niebieską nyską, ale o tym później. Po tym jak zamknięto z powodu nierentowności
wszystkie kopalnie w mieście, górnicy pozakładali firmy przewozowe i tak
zarabiją na chleb. Kiedy niezadowolony, będąc przekonanym, że nikt oprócz Jarka
mnie nie słyszy na głos wyraziłem moją obiektywną opinię na temat tego miasta, a
w szczególności braku możliwości noclegu, jeszcze głośniejszy głos za ściany
żywopłotu oznajmił mi przetłumaczając na język polski, że mogę się u niego w
ogródku położyć i spać do woli, i że będę miał spokój. Wracając do dupka z
niebieskiej nyski, późna to już była pora, chcieliśmy się wydostać z miasta
najlepiej do Sobótki, bo jutro planowaliśmy się wejść na Ślężę. Gość chciał nam
za wszelką cenę pomóc i wyszło za 1.70zł. Otóż przekonał nas, żebyśmy cofnęli
się do Boguszowa Gorce bo tam jest hotel, w którym nocują robotnicy, kiedy chcą
sobie popieprzyć, i że nas tam przenocują za 5zł. Wierzyć nie wierzyłem, ale co
robić w takiej dziurze jak Wałbrzych, może rozbijemy gdzieś tam namiot.
Pojechaliśmy, a że piątek był, a w piątki całe miasto idzie na dyskotekę,
Boguszówx2 przywitał nas przewalającymi się przez miasto watahami wyrostków.
Kiedy wysiedliśmy z nysy, budziliśmy duże zainteresowanie miejscowego elementu
(to moja opinia). Burdelhotel był pod nosem i pod kościołem, zapukaliśmy,
otworzyła drzwi burdel mama i chciała nas położyć za 20 zeta od łba.
Podziękowaliśmy, drzwi zamknięto, obruciliśmy się na pięcie i stanęliśmy przed
dużym problemem. Co robić? Ja na Jarka, Jarek na mnie, patrzymy przed siebie,
przed nami idzie ksiądz, otoczony grupą parafian o rocznikach, takich, że gdyby
mieć takie wino, to by je można było za Pegueota 206 oddać. Babuszki i
dziaduszki wyraźnie szczęśliwe, wracają z jakiejś wieczornej sumu. W środku
ksiądz, otoczony jak gwiazda filmowa przez łowców autografów. To był Jarka
pomysł. Kościół głosi pomagać więc czemuż ksiądz, miałby nam nie pomóc.
Zapytaliśmy i wszyscy zaczęli się zastanawiać jak nam pomóc, a ksiądz oczywiście
chcąc się pokazać parafianom z jak najlepszej strony najwięcej. Wktótce po
zapewnieniach księdza, że coś nam znajdzie parafianie się rozeszli. Księżulo
kombinował, najpierw chciał, żebyśmy rozbili namiot pod kościołem. Ale widząc tą
równiutko przystrzyżoną trawkę i wyobrażając sobie linkę od tropiku przywiązaną
do ołtarzyka najświętszej panienki, krzywiłem się na ten pomysł. Poza tym
kościół był usytułowany przy głównej ulicy, więc namiot ktoś mógł zauważyć i nas
okraść, a w najlepszym wypadku któryś z nas dostałby butelką w głowę. Daliśmy mu
do zrozumienia, że trochę tu niebezpiecznie, a że wcześniej wspominał, że może
nas ulokować na podłodzę w salce katechetycznej, to przystaliśmy na ten drugi
pomysł. To układanie do snu już trwało, więc zaczynaliśmy się niecierpliwić.
Naraz przybiegło dziecko i przekazało, że jego babcia ma altankę, a w niej dwa
łóżka. Księżulo przebił to i zaprosił nas do swojego mieszkania. Mieszkał
skromnie, moją uwagę zwrócił stos kaset magnetofonowych i video, oraz kolekcja
puszek po piwie na szafie. Najpierw nas spisał jak złodziei, potem zjedliśmy
obok w kuchni kolację na jego koszt, ostrożnie po kilka kawałków chleba z
pasztetem i serkiem, żeby przez nas w mieście nie zbrakło chleba. Ksiądz p.
Piotr Prajs okazał się być miłym człowiekiem. Piwko przemycone przez zieloną
granicę, wypite w dodatku z księdzem okazało się dobrym, relaksującym
przecinkiem w naszej wyprawie. Zaś ksiądz okazał się być wytrawnym
pielgrzymowiczem (ponad na pewno 20 pielgrzymek), oraz mieć chyba zniżkę w
sklepie fotograficznym, gdyż wieczór spędziliśmy na oglądaniu jego zdjęć, co tu
dużo ukrywać mocno monotematycznych. Parafia, ksiądz, msza, parafia i tak dalej.
Przez to spać poszliśmy po drugiej. Wcześniej boski dar tego dnia - ciepły
prysznic. I chociaż umyłem już zęby nie potrafiłem się oprzeć słodkościom
pozostałym na stole. Dzień czwarty "Ślęża" Wczesna pobudka, nic sobie nie
pospaliśmy w takich komfortowych warunkach. Zjedliśmy śniadanko, ściągnęliśmy od
niego adresy, jakbyśmy przez przypadek chcieli go odwiedzić, odprowadził nas na
dworzec, pomachał na pożegnanie i kiedy pociąg ruszył uszło z nas powietrze, że
w końcu będziemy mogli zająć się dalszą wędrówką. Obaj stwierdziliśmy, że po
takim wieczorze ciężko się będzie wędrowało. Ślęża, mimo, że niska, okazała się
dla nas koszmarem. Myślałem, że wejście nie skończy się nigdy. Na szczycie
obaliliśmy PETa 1,5l oraz zakupiliśmy książeczki GOT-owskie, o cztery dni za
późno. Zeszliśmy tym samym szlakiem i wieczorem stawiliśmy się w schronisku "Andrzejówka"
pod Waligórą, gdzie musieliśmy zanocować. Musieliśmy, gdyż nasze ciuchy domagały
się prania. U księdza ich nie upraliśmy, gdyż nie chcieliśmy nadszarpywać jego
gościnności. Mocno się zdziwiliśmy, gdy pobliski drogowskaz wskazywał 0,25h na
szczyt Waligóry. Według naszych papierów powinno być nań trochę dalej. Stromo na
szczyt zółtym i dookoła z powrotem czarnym. Na szczycie poznaliśmy niekompletną
grupę studentów z Poznania, niekompletną, gdyż jeden z nich miał chorobę
lokomocyjną i gdy reszta jeździła on tam dochodził. W schronisku chinszczyzna,
pranie i spać. Dzień piąty "podziemne fabryki V1 i V2? Naszym celem było wejście
na Wielką Sowę. Cofnęliśmy się do wioski, złapaliśmy stopa do Wałbrzycha, a
stamtąd busikiem pojechaliśmy do Walimia. W busiku zagadną nas młody
gastarbeiter z Wiednia, niedoszły profesor historii i opowiedział historię ziem
walimskich z najdrobniejszymi detalami. Mieliśmy w planie zwiedzenie podziemnych
fabryk w Walimiu, gdzie zresztą ów młody człowiek pracował albo pracuje więc
historia nas zaciekawiła. W wielkim słońcu wdrapaliśmy się na Wielką Sowę i
zeszliśmy z niej czerwonym szlakiem mijając dwa schroniska, najpierw jeszcze
nieczynne "Marysieńka", później "pod Orłem". W Walimu a raczej w Rzeczkach
zwiedziliśmy podziemne fabryki. Nie mieliśmy za dużo czasu, gdyż pora się
zbliżała wieczorna więc celowo przyśpieszaliśmy zwiedzanie. Z Walimia dotarliśmy
do najbliżej położonej stacji na trasie Wałbrzych-Kłodzko i pociągiem stawiliśmy
się w Kłodzku, na campingu gdzie mieliśmy już okazję nocować parę lat temu.
Dozorca campingu mimo późnej pory zajadle grzebał przy rowerze. Skorzystaliśmy z
jego bezprzewodowego czajnika. Jarek zadzwonił do domu i dowiedział się, że
wkoło Polski miały miejsce jakieś katastrofalne burze. Faktyczne zaraz potem nad
Kłodzkiem przeszła mała nawałnica. Dzień szósty "sam" Dzień ten zakończył się
rozłamem. Jarek postanowił, że lepiej dla niego będzie jeśli wróci do domu. Nie
mogę go nie rozumieć, miał pełne prawo mnie opuścić, zwłaszcza, że wie że daje
sobie radę w trudnych sytuacjach. Ale chronologiczne przed południem, gubiąc
niejednokrotnie szlak weszliśmy na Kłodzką Górę. Szczyt okazał się
nieatrakcyjny. Nic nie oferował, poza wygłodniałym stadem much. Na szczycie
dokonałem pamiątkowego wpisu na drzewo, nie pierwszego na Tourze. Zeszliśmy do
Lasek i asfaltem wróciliśmy do Kłodzka. Stamtąd pociągiem pojechaliśmy do
Kudowy. Pogoda wieczorem załamała się. W Kudowie próbowaliśmy mimo późnej pory
pojechać i wrócić do Karłowa, ale ani nic nie jechało, ani stopa nam się nie
udało złapać. Z resztą łapaliśmy w deszczu, a ten co kiedyś łapał wie, jakie
jest to łapanie. Nocowaliśmy na campingu. Wieczorem rozpętała się godzinna
ulewa, która tylko przygnębiła mnie jeszcze bardziej. Dzień siódmy "V bieg" O
rana byliśmy w przygnębiającym nastroju. Jarkowi było głupio, że mnie opuszcza.
Mnie było smutno, że zostaje sam, z drugiej strony cieszyłem się, że będę mógł
teraz sam o wszystkim decydować. Wszystko i nic będzie ode mnie zależało. Czy
sobie poradzę? Muszę przyznać, że nie byłem przekonany przed naszym wyjazdem,
czy starczy Jarkowi motywacji. Liczyłem, że dotrzyma mi kroku przynajmniej za
Sudety. Stało się inaczej. Trudno. Postanowiłem, że przynajmniej na trzy dni do
przodu wszystko będę planował. Nad resztą na tym etapie nonsensem było się
zastanawiać. Objuczony spadkiem w postaci drugiej części namiotu, pojechałem
rano do Karłowa. Po raz pierwszy kierowca skasowal mnie za plecak, co nie
zmieniło faktu, że zaczął mi wracać humor. W Karłowie zostawiwszy plecak w
spożywczaku, wdrapałem się na Szczeliniec, na którym znajduje się podupadające
schronisko. Po zejściu przy przenikliwym zimnie musiałem prawie 2 godziny czekać
na autobus do Polanicy Zdroju, ponieważ był to jedyny, który jechał. Grosik na
szczęście rzucony w szczelinę nic nie dał i kierowca podobnie wbił mi bilet za
bagaż. Cóż, widać tak tu jest pomyślałem. W Polanicy małe zwiedzanie...Biedronki.
Po prowizorycznym śniadaniu przed 15 pojechałem autobusem do Zieleńca. Wykonałem
sprint na Orlicę zielonym szlakiem, który prowadzi drogą szutrową. W pewnym
momencie szlak odbija prostopadle w lewo w las. Po ok. 5 minutach wędrowania
doszedłem do drogi biegnącej jak mi się wydaje wzdłuż granicy. Kiedy zauważyłem
tablice informujące o granicy państwa i zakazie jej przekraczania, ucieszyłem
się, że jestem już blisko. Pytanie tylko, gdzie tu dalej iść. W lewo nie za
bardzo, państwo nie pozwala. Mógłbym pójść w prawo dalej zielonym szlakiem, i
tak zrobiłem, ale po chwili szlak "schodził", więc go zarzuciłem. Dostrzegłem
ścieżkę prosto przed siebie i nią dotarłem do pachołków granicznych. Stanąłem i
tak jakoś mi się wydawało, że po pierwsze coś się wije przede mną, po drugie, że
wyżej jest u Czechów, a oni się nie pogniewają jak ich na moment odwiedzę.
Spojrzałem w lewo - nikogo. Spojrzałem w prawo - pogranicznik. Szlag by go.
Opieprzył mnie, że się kręcę po granicy, sprawdził papiery, cyknął fotkę i kazał
spadać. Co zrobić, na 24 godzinny areszt nie było mnie stać więc spadłem.
Próbowałem coś kombinować, ale gość się na mnie gapił jakbym był minimalnie
przemytnikiem. Wróciłem do Zieleńca i idąc czerwonym szlakiem po 20-stej
zameldowałem się w schronisku "Jagodna" na przełęczy Spalona. Byłem wkurzony z
powodu trudności ze znalezieniem Orlicy. Dodatkowo idąc zachaszczonym szlakiem
zmoczyłem doszczętnie buty, i nie było to optymistyczne z punktu widzenia
jutrzejszego, trudnego dnia. Idąc odcinkami nie asfaltowymi, po śladach
spostrzegłem, że ktoś kroczy przede mną. Była to dodatkowa motywacja, ślady
stawały się coraz świeższe i gościa łykłem prawie przed schroniskiem.
Postanowiłem, że na Jagodną 977m jutro czasu rano nie będzie, więc pół biegiem
wszedłem na Jagodną. Na szczycie, który był słabo wyeksponowany, jest drewniana
wieża. Kiedy wracałem do schroniska była już szarówka, a że szlak prowadził
przez gęste lasy to stracha miałem niemałego. Wystraszyła mnie sarna albo jeleń
przebiegający w małej odległości. Dzień ósmy "dobra robota" Już planując KGP
Tour przeczuwałem, że będzie to najtrudniejszy dzień i się nie pomyliłem. Chyba
najwięcej było wędrowania (ok.12h), ale to jest to co lubię. Nie cierpię gubić
szlaków, zwłaszcza kiedy są źle oznaczone, dziś szlaków dzięki Bogu nie gubiłem,
bo inaczej sobie nie wyobrażam. Pobudka wcześnie rano, plan zdążyć na autobus o
9.30 z Długopola do Międzygórza. Nie ma to jak mała dwugodzinna przebieżka
poranna w mokrych ciuchach i butach. W Międzygórzu o 10. Czerwonym na Śnieżnik,
w schronisku pod nim chamy chcą chyba 10 zetów za podłogę. Zapytałem, bo
pierwotnie planowałem, że ten trudny dzień zaczne wędrówką właśnie ze schroniska
pod Śnieżnikiem. Dalsza wędrówka była najpiękniejszą podczas całej wyprawy. Idąc
zielonym szlakiem przez pasmo Bialskie potem Złote, mogłem poczuć otaczającą
mnie florę i faunę, piękne lasy mieszane, widoki, prawie nikogo nie spotkałem,
szedłem 5h. Wszedłem na Rudawiec 1112m potem wdrapałem się już z wioski Bielice
na Kowadło 989m. Bardzo miłe chwile. Zmęczony, ale szczęśliwy przenocowałem w
najtańszym polu namiotowym co to bardziej ogródkiem gospodarza był. Planowałem,
że przenocuje w Bielicach na polu biwakowym, takim darmowym jakich w Polsce
wiele, ale okazało się, że rozbijają się tam co roku Harcerze i że, jak
poinformowała mnie właścicielka mojego noclegu, nie można tam, nawet za ich
zgodą nocować, bo wpada na kontrolę służba graniczna (do niej niedaleko) i sypie
wysokimi karami. Piękne to były tereny, ale ziemi na sprzedaż jak na lekarstwo.
Dzień dziewiąty "trudne, mokre czasy..." Poprzedniego dnia poszedłem spać
wcześnie, bo dzień był męczący, więc wstałem rześki, zwinąłem się i o 7.00
bujnąłem się do Kłodzka autobusem. W autobusie przeszedłem kontrolę papierów.
Tak mi się wydawało, że zawsze tym autobusem, jedynym do Kłodzka rano ktoś z
SOP-u jeździ zawsze i sprawdza kogo to zawiało i skąd na te tereny i czy
przypadkiem nie z Czech nielegalnie. W ogóle podczas wędrówki wiele razy mogłem
sobie przejść za granicę i pewnie nikt by mnie nie zatrzymał. Wniosek, zrobić
skok na bank i dawaj za granicę! Żartuje, ale fakt przedrzeć się to według mnie
nie problem. Byłem troche zestresowany, bo nie miałem żadnej mapy na tę górę,
ani nawet mapy Polski. Jeszcze pod Biskupią Kopę wiedziałem jak się mniej więcej
dostanę, ale inne, a zwłaszcza ostatnie szczyty to popis dziedziny wiedzy zwanej
Kombinatoryką, z której my Polacy słyniemy. Pociągiem do Nysy, autobusem do
Głuchołazów, autobusem do Jarnołtówka, na miejscu po 16. Jakimś tam szlakiem na
Biskupią Kopę 890m. Na szczycie miła czeszka i niemiły klient, który kupił
kartkę za zeta i chciał się zwinąć bez płacenia. To oczywiście ja. Chyba się tam
buduje schronisko, ale pewny nie jestem. Do polskiego trzeba było troszkę zejść
Narzekający właściciel i zmęczony turysta, tradycyjne połączenie. Wszyscy
właściciele schronisk, których poznałem, wypominali, że to żaden biznes. Co w
tym państwie się robi dla turystki? Nic. Pokrzepiający telefon ze szczytu do
Aśki, parę informacji jak tam z wielką wodą z Gdańsku i zadowolony, że całe
Sudety za mną, że prawdopodobnie najtrudniejsze etapy za mną, ruszyłem ścieżką
dydaktyczną do Pokrzywnej. Tam też planowałem zanocować bo o campingu się tam
dowiedziałem. Tak się zajebiście czułem wtedy, bo i nogi nie bolały i miałem
plan na najbliższe dni (plus mapy). Za kilka godzin miało być zupełnie odwrotnie
i nie wiem czy to z mojej winy czy może tak miało być. Jak tylko ruszyłem
dydaktyczną rozpadało się na dobre, ale przecież ja jutro w planie miałem nową
górę, więc chyba nie cofnę się do schroniska, zabulę 26zeta za wyro i zmarnuje
następnego dnia pół. Nidgy! Wtedy tak się nie zastanawiałem jak tu piszę, ale
fakt, że nigdy, mając ambitny plan nie pasowałem. Strata godziny kiedykolwiek i
gdziekolwiek mogła powodować stratę dnia. Więc zawsze wszystko robiłem w
pośpiechu, no może przy końcu, kiedy wiedziałem, że plan zostanie wykonany nawet
z nawiązką nie spieszyło mi się. Szlag, musiało się rozpadać. Dobrze, że była to
dróżka szutrowa, przeznaczona nawet do wjazdu rowerem, bo inaczej chyba bym
zjechał niż zszedł. W Pokrzywnej mało tego, że ja byłem cały mokry, to jeszcze
przeszedłem wiochę i nie znalazłem pola namiotowego. Ciemno się zaczęło robić,
deszcz nie przestawał napiepszać a ja mokry. Patrzę autobus do Głuchołaz. Myśle,
tu padać może niewiadomo ile i szukać noclegu w taką pogodę to makabra, cieplej
będzie.....no...gdzie? na dworcu kolejowym. Wszystko dobrze, tylko że tu
zamykają dworce po 20. Zimno mi jak pies, chcę się ogrzac i idę do supermarkeru.
Miałem dziś oszczędzać, cały dzień na słodycze patrzyłem przez szybę, ale mokry
organizm potrzebuje dużo paliwa więc dawaj na zakupy. Po posileniu, w mordę co
tu robić. Jestem w Głuchołazach, a mam być jutro w......Skrzycznem, daleko stąd.
Można iść do czeskiego schroniska przez granicę około 5km, ale ani padać nie
przestaje, ani mi się śni bulić pewnie z dwie paki. Pewnie bym tak zrobił, ale
był jeszcze ostatni autobus do Nysy. W Nysie telefon do świeżutkiego jak
bułeczki magistra Radosława. Myślę, pewnie schlany gdzieś tam leży i rzyga. Nie,
nie pomyślałem tak wcale, bo wiem, że to nie w Radka stylu. No może mu się
czasami 100 razy zdarzyło. Żartuje. W Nysie, na piknym, bo cieplutkim dworcu
przeczekałem na pośpieszny do Katowic. Musiałem przepisać bilet, bo miałem na
nim inną trasę. Całkiem nie wyschłem, a w pociągu mimo takiej pory (po pónocy)
tłok. Fajnie mi się nie jechało. W Katowicach spędziłem ponad dwie godziny na
kolejowym, który okazał się wybornym studium dziwnych ludzi. Dworzec w Gdańsku
to pikuś w porównaniu do katowickiego. Podejrzane typy, wrzeszczące dziwki,
żebracy, bezdomni, srające gołębie i ja. Pochowałem kompas i bandanę, a i tak
zwracałem uwagę, tak, że ktoś mi nawet kiedyś powiedział HAWK. Podstawowa zasada
nie zwracać na siebie uwagi w takich miejsca. Co? Piepszyli się w BigBrotherze w
pokoju zwierzeń - donosi pierwsza strona jakiegoś brukowca. Koniec świata. Żeby
takie numery odwalać, żeby jeszcze wydusić z emisji parę grosza z takiego
skandalu. Ehh. Idę na banana. Budy otwarte całą noc, bananów w pip i w pip
różnych cen. Banany 1.70 wyżej na kartce 1.90, niżej 1.30 i w każdej budzie inne
ceny i w każdej wywalone zdrowiutkie banany ba ladę. I jak tu kupić, najtaniej i
najlepsze? Ja to maniak jestem, przelazłem z 10 razy budy w tę i we w tą. Jakbym
nie wiadomo ile oszczędzał. Tak dla satysfakcji. Wsiadłem w pociąg o 3.46 do
BielskaBiałej. Potem w autobus 5.30 do Skrzyczne. Dzień dziesiąty "Skrzyczne" A
więc mamy Szczyrk-myślę. 6 rano, pada, patrzę w niebo, nie zanosi się na popawę.
Ja bez snu mam dziś pokonać 750m przewyższenia. Nie wyobrażam sobie. Szkoda
serca. Zjadam jakieś ciastka w spożywczaku, pytam o nocleg. Jo, pani Madzia
przyszła po mleczko i bułeczki i ma nocleg. Patrzę -złoto kapie. Jak mi dosunie
z ceną łóżka to pęknę ze śmiechu. 60zeta. Bez komentarza. A w zasadzie zawsze w
takich sytuacjach stały komentarz. "Pani ja za tyle to żyje z tydzień". Czas
mija, przestało padać, ale mi się chce spać. Dawno nic nie prałem. Jest w
Szczyrku schronisko młodzieżowe. Próbuje i załatwiam. Szkoda dnia i słońca. Prać
mi się chciało jak cholera, spać już bardziej, a najbardziej prysznica. Po
południu wchodzę na Skrzyczne 1257m zielonym lub niebieskim. Jednak sen
regeneruje doskonale, bo robie to bez problemu. Na górze przytulne schronisko i
rozwrzeszczana rodzinka kupuje HotDogi i Hamy. Nie ma to jak dobrze zjeść w
górach tradycyjne górskie wiktuały. Góra oferuje bardzo piękne widoki, a na
szczycie można pograć sobie w coś i nawet spróbować sił na sztucznej ściance. I
taterki było widać. Zchodząc, miła pogawędka ze spotkaną paralotniarką. Tylko
pytanie ile ona ma lat, nie wiem jak się do niej zwracać. Skończmy z tym "Pani"
jestem Barbara -kroi moje przypuszczenia. Barbara chciała sobie zlecieć ze
Skrzycznem na paralotni ale ja rzuciło i porwało drogi sprzęt, a w ogóle to
tłumaczy na ruski i odwrotnie i chłopaki się denerwują, że jeszcze nie zlaciała.
Okazuje się, że zdarzają się przypadki, że paralotniarza wciągnie wir powietrza
na 7, czy 8 tys metrów. Wtedy ginie z braku tlenu, lub wyziębienia. Może kiedyś
spróbuje. W schronisku odpoczywam a wieczorem to nawet oglądam telewizje i Wyspę
Pokus czy jakieś tam inne polsatowskie badziewie. Robie sobie risotto z kaszy a
la amino sosiero pomidoro i daję w kimę. Dzień Jedenasty "Babia Góra biegiem"
Rano zrywam się i ląduje w Wilkowicach. W planie wejście zielonym szlakiem na
Czupel. Graty zostawiam we piekarni i dawaj. Gubię szlak nie z mojej winy.
Niestety nie ma zaznaczonego jego skrętu, a mi się nie chcę go szukać, więc
wbijam się w las na azymut. Idę jakąś mikroskopiją ścieżką ostro pod górę, musi
prowadzić do jakiejś chałupy, jest chałupa, potem idę do schroniska i od niego
po jakiś 25 minutach jestem na Czupelu. Nic specjalnego, dobrze, że chociaż jest
tabliczka z nazwą, bo inaczej można bez wątpienia przeoczyć. Zeszedłem już
zielonym i pociągiem do Żywca i autobusem do Suchej Beskidzkiej. Tu spotykam
kumpla - proszę jak świat jest mały. Jadę autobusem na przełęcz Krowiarki. To
już niezła wysokość, więc silnik gra jak hardrockowa kapela. A na luzie
zjeżdżamy kilometrami. Jestem na miejscu. Określam swoje zadanie. Jest po 16 a
ja mam wejść na Babią Górę 1725m, o której krąży opinia, że jest niebezpieczna.
Żarty. Trochę peniam, bo z Krowiarki na szczyt jest według moich informacji 3
lub 4h, a ze szczytu na dół do Zawoi 4h, razem daje to mniej niż 8h. Ja do
zmierzchu mam 5h. Wykonałem więc sprint na szczyt w czasie 1.15h, co jest moim
osobistym rekordem. Z resztą na Babią od Krowiarek wchodzi się szczególnie.
Idziesz stromo na coś co wygląda na szczyt, a z za niego wyłania się kolejny i
tak dalej i tak dalej. Już po trzecim przestałem liczyć, mówiąc w myslach -"To
nie jest ostatni". Na szczycie wunderbaren widoken. Tatry na widelcu. Niestety
miałem mało czasu, żeby się delektować przestrzenią i bryłą otaczających
szczytów. Ale jeszcze kiedyś tam wrócę, najchętniej zimą. Zszedłem do schroniska
w Markowych Szczawinach (ładnego) i czarnym do Zawoi, skąd o 21.18 miałem
autobus do Suchej Beskidzkiej a z niej pociąg o 23.38 do Krakowa. Dzień dwunasty
"Kraków" Kraków, miasto na trwale wpisane w historię Polski, witam po 2 w nocy.
No nie! Wychodzę na hol dworca i patrzę na dziesiątki klejących się do podłóg i
ścian ludzi. Czy nie ma w tym kraju władz zdolnych zapanować nad porządkiem na
dworcach. Przecież Kraków, miasto, które odwiedzają rocznie miliony turystów,
nie może witać ich jak mnie smrodem i brudem. Mnie też jest żal tych ludzi, ale
coś trzeba z tym zrobić, bo ja się czułem źle. Mniejsza z tym. Noc spędziłem nie
wychylając nosa poza okolice dworca, co zważywszy że nigdy w Krakowie nie byłem,
było niezrozumiałe. Później jak się okazało los dał mi szansę i do Krakowa
jeszcze później wróciłem. Po trzech godzinach grzania karimaty wyruszyłem
autobusem do Poręby, skąd chciałem bić na Lubomir 904m. W Myślenicach autobus
miał 5-cio minutową przerwę i chyba Bóg tak sprawił, bo z nienacka wzięło mnie.
Po raz pierwszy musiałem zapłacić za szalet miejski. Zdążyłem się dowiedzieć, że
da się przekimać w Myślenicach na polu namiotowym i tam też się przespałem.
Lubomir -góra niska, ale trochę trzeba iść. Z Myślenic prawie 6h w jedną stronę
czerwonym, z Poręby było by tylko coś ponad 3h, ale trudno nie wiem gdzie tam
bym spał. Wybrałem się późno, narzuciłem wysokie tempo, takie, że tradycyjnie
kiedy wróciłem na pole, mógłbym się jeszcze poopalać. Gość mnie na szlaku
odwodził od wędrówki, że daleko, ale się nie dałem. Lubomir -po raz kolejny nic
niezwykłego, ze szczytu marny widok, mimo że znajduję się tam wieża widokowa. Po
powrocie na pole naiwnie nastawiałem się na ciepłą wodę pod prysznicem. Shit!
Dobranoc. Dzień trzynasty "Rysy-w mordę to już jutro!" Wstałem i pojechałem do
Szczawy. Zostawiając graty w spożywczaku osiągnąłem Mogielnicę 1170m. Byłem
zmęczony, wychodziły te noclegi po dworcach. Cieszyłem się, że po kilku dniach
chaosu związanego z brakiem map, mam plan co dalej robić. Ze Szczawy podjechałem
do zakopianki, a tam machnąłem pośpiesznemu do Nowego Targu. W Nowym Targu
Turbacz 1310m góruje nad okolicą. Chciałem tam nocować, ale nie było gdzie.
Wiedziałem, że i tak będę wracał przez Nowy Targ, jadąc w Pininy z Zakopanego,
więc ruszyłem do tego kultowego miejsca w Polsce. Więc to jutro będę wchodził na
Rysy. Trochę podniecony, zrobiłem małe, za niesłychaną jak dla mnie sumę prawie
18zl, zakupy i zakwaterowałem się na polu namiotowym, które zauważyłem z okien
autobusu. Wieczorem przyszła od strony Rys potworna burza, a helikopter latał
jak oszalały. Nieźle się zaczyna-myslałem. Namiot jednak po raz kolejny stanął
na wysokości zadania. Chciałem wziąć ciepły prysznic! FUCKING SHIT! Budzik na 5
rano, żeby tylko nie zaspać na pierwszy autobus! Dzień czternasty "Rysy-2499m"
Co to był za dzień! Autobus 6.03 na Łysą Polanę. Czuć konsternację, widać, że
wszyscy nie przypadkowo tu się znaleźli. Mają określony cel, który chcą
zrealizować. Obok mnie jakiś zagraniczniak z rodzinką. Kijki trekkingowe,
porządnie odziany i obuty. Chryste -myślę, co to za szczyt, może do cholery nie
dam rady. Nie, bez jaj, jeśli ja nie wejdę, nawet w moich sypiących się pomału
Salomonach (nie kupujcie tego badziewia) i wątpliwym, z powody braku czasu na
regenerację, stanu organizmu, to niby kto? Cały zajebany ludźmi autobus
przyjechał na Lysą i niby kto był pierwszy? Jasne, że Kazig. Po 1.10h byłem w
schronisku. Pusto, prawie nikogo, popatrzyłem w niebo. Pewnym było, że nawet
jeśli wejdę na Rysy, to nic nie zobaczę. W ogóle pogoda była nieciekawa tak, że
zastanawiałem się, czy mnie coś nie zastanie tam na górze. Na szczyt wchodziłem
bez pośpiechu, zatrzymując się kilkanaście razy, czego nie zwykłym robić. Tak
dla bezpieczeństwa. Droga była oczywista, a dwa razy kroczyło się po śniegu. Pod
szczytem dogoniłem sporą grupę. Jakiś opiekun i zgraja wyrostków. Nie czułem się
pewnie idąc po taką grupą. Ktoś by tam zrzucił jakiś kamień i znając moje
szczęście wylądował by on na mojej głowie i tyle by było z Kazig`a i KGP Tour.
Oni się kapnęli, że czekam na nich, więc zatrzymali się i mnie przepuścili.
Kazig się wspinał dalej. A wspinał się jedną ręką trzymając się łańcucha, a
drugą dzierżąc 1.5 mineralki. Było to niewygodne i przyznaję teraz
nieodpowiedzialne, więc zostawiłem ją po drodze, z nadzieją, że wezmę ją z
powrotem. I tyle ją widziałem, naprawdę nie chciałem śmiecić w TPN. Kazig się
wspinał bez prowiantu. Kupiłem sobie 2 czekolady, ale ostatnią zjadłem wieczorem
poprzedniego dnia. Wreszcie dotarłem na szczyt. No szczycie tłok, jacyś goście
rozpijają browary, wkoło mleko. Czasami się trochę przejaśnia i można podziwiać.
Spędziłem tam prawie 0.5h w nadziei, że mgła się rozrzedzi. Niestety tak się nie
stało. Gdybym był później, to miałbym lepsze warunki do robienia zdjęć.
Schodziłem rozpoznając twarze z autobusu. Minąłem też parkę, która zaczęła
schodzić wcześniej od mnie, ale chciałem sobie popodziwiać i pobyć w miejscu, do
którego nie wiem kiedy wrócę, więc się co chwila zatrzymywałem. A parka za mną,
na górze. Oboje ze sporymi plecakami. Gościówa szła z wywalonym jęzorem,
wyglądała nieciekawie. Nie miałem zamiaru zabierać się z nią na dół, jakby
leciała, więc puściłem ich oboje przodem, a sam wolniutko schodziłem. I co?
Gościówę leżącą na ziemi i zapłakaną minąłem niewiele niżej. Co było jak by się
potknęła wyżej? Dotarłem do schroniska, a raczej mrowiska. Prawdziwa stonka,
jedni kupują fastfood`y, inni chleją piwo, inni wrzeszczą. Patrzę na nich i
myślę kto z nich dotarł tu jak ja, by zmierzyć się z sobą i z górą. Kto ma choć
trochę szacunku dla tego miejsca. Nikt. Byrcyn jest O.K., nie chcę olimpiady w
Zakopanem. Ręce precz. Z powrotem mały sprawdzian, jak szybko można machnąć 9km
marszem. Otóż można to zrobić w mniej niż 60min. Minąłem chyba z 200 osób
wracających tak jak ja ze schroniska. Łączny czas około 7h. Wróciłem na pole,
schowałem się w namiocie i ... zacząłem planować kolejny wypad w taterki we
sierpniu. Chciałem po paru godzinach odpoczynku skoczyć na Krupówki, ale
rozpętała się taka burza jakiej w życiu nie widziałem. Było jasno jak w dzień.
Można było spokojnie czytać. Wychyliłem browara z jakimiś gośćmi i tak się
zakończył ten pikny dzień. Hej! Dzień czternasty "nic bez planu" To był bardzo
ciężki dzień. Zapłaciłem za to, że nie zaplanowałem tego dnia. Chyba myślami
byłem już w domu. Rano pojechałem do Nowego Targu. Zostawiłem plecak w
przechowalni za 3 zeta i ruszyłem na Turbacz 1310m. Planowałem wejść nań
szlakiem zielonym z dzielnicy Nowego Targu Kowańca. Poszedłem tam i znalazłem
zielony szlak, który jednak po paru kilometrach niebezpiecznie zbaczał z
kierunku widniejącego w oddali Turbacza. Po raz kolejny szedłem bez mapy i
okazało się to zgubne. Idą tam dwa równoległe szlaki zielone, ale tylko jeden
prowadzi na Turbacz. Kiedy się pokapowałem, że tym zielonym nie dojdę,
próbowałem inaczej. Idąc na azymut, brodząc przez mokradła w końcu natrafiłem
zółty, a napotkany biker potwierdził, że dobrze idę. Kiedy dotarłem do
schroniska już zaczynało kropić, więc półbiegiem, zawracająć z trasy dużą grupę
idącą w kierunku Rabki i omijając strzelające gdzieniegdzie pioruny osiągnąłem
szczyt. Szczyt zdobyty, ale straty były. Po powrocie do schroniska tak się
rozpadało, że hej. Zszedłem i pojechałem autobusem do Szczawnicy. Tam popełniłem
duży błąd. Otóż jak tylko przyjechałem, niemalże potknąłem się o busik do
Jaworek, które stanowiły bazę wypadową na Wysoką 1050m. Wsiadłem na wariata, nic
sobie nie kupiwszy do jedzenia. Najpierw próbowałem wejść na coś wysokiego, co
górowało nad wiochą, ale Wysoką się nie okazało. To strata rzędu 1h. Potem, po
pół godzinie drogi rozbiłem się w studenckiej bazie namiotowej. Myślałem nad
tym, żeby jeszcze dzisiaj wchodzić na Wysoką, bo nie padało i miał bym to z
głowy. Jednak się nie zdecydowałem, co okazało się błędem, za który zapłaciłem
dnia następnego. Zjadłem ostatnie żarełko, które miałem i poszedłem spać. Tego
dnia zauważyłem idąc wzdłuż, płynącej przez Nowy Targ rzeki, jak miejscowi jej
się przyglądają i o niej rozmawiają. Rzeka, a raczej rzeczka płynęła sobie
spokojnie i w średnim stanie, tak że sobie pomyślałem "po cholerę oni już się
martwią?". Czas pokazał. Lipcowa powódź nie ominęła tych terenów, choć czy Nowy
Targ zalało -nie wiem. Dzień piętnasty "Wysoka x2" Rano, zaraz po przebudzeniu
pognałem na Wysoką, która według moich informacji znajdowała się około 1h drogi
szlakiem zielonym i była szczytem granicznym. Wkrótce zaczęło padać, a ja
szedłem tym zielonym tą godzinę i nic. Nic nie ma "wysokiego". A tu rozpadało
się na dobre. Wróciłem wściekły do bazy. Okazało się, że żeby wejść na Wysoką
trzeba wykorzystać kawałek szlaku niebieskiego. Przepuściłem ponowny atak na
szczyt. Sprintem w dwie strony byłem w niecałą godzinę. W bazie podsumowałem
dzieje moje ostatnich godzin. Byłem cały mokry, jedyną częścią garderoby, która
była sucha to spodnie dresowe w których spałem, nie miałem nic do jedzenia,
najbliższy sklep był 0.5h drogi w Jaworkach i na dodatek było przed 11-stą rano!
Wyobrażacie sobie? Trzeba się było jakoś zwinąć. Kto głodny, spragniony i mokry
zwijał również mokry namiot, ten wiec co to za kurestwo. Zszedłem do Jaworek,
autobusem pojechałem do Szczawnicy, spałaszowałem Hama (jaki wstyd) i za 6zeta
przekimałem cały dzień. Był czas na pranie, suszenie i dobrze, bo wyszło słońce
i wszystko by wyschło, gdybym nieopacznie nie zostawił tego na noc. Ale część
wyschła. Popisałem kartkę a z nudów przez pół nocy podsłuchiwałem sąsiadów, bo
imprezowali spokojnie do późnej nocy. Dzień szesnasty "Radziejowa' Kładąc się
spać poprzedniego dnia wiedziałem, że będącą w moich planach na ten dzień
Radziejową 1262m muszę "walnąć' jak najszybciej i spadać w Beskid Niski. Wstałem
rano i pobiegłem pojechać do Jaworek. To co powinno jechać nie pojechało. Tak mi
się zdarzało, że nie chciało mi coś pojechać, a powinno. Wkońcu dojechałem do
Jaworek, następnie czerwonym, niebieskim i czerwonym dotarłem na szczyt. Po
drodze, ktoś chciał mnie nabrać na numer z obracanym drogowskazem, ale się nie
dałem. Wróciłem do Szczawnicy i zwinąłem się. Żeby pojechać do Nowego Sącza
musiałem w parku suszyć pieniądze. Pieniądze na słońcu szybko schną. Wystarcza
godzina. Z Nowego Sącza, pojechałem do Ropy, a potem do Wysowej Zdrój. "Panie,
tu jest koniec świata!" - zagadną gość w pociągu. Byłem happy, bo impreza po
mału się kończyła. Wdałem się w kłótnie z gościem ile jest z Beskidu Niskiego do
Bieszczad, a ściślej do Ustrzyk Górnych. Gościu mi ze stówą wyjechał, ale
przekonać się nie dał. Zanocowałem na polu biwakowym studenckiej bazy
namiotowej. Byłem setnym klientem co grantowane było noclegiem gratis. Wprawdzie
do tylko 3 zł zaoszczędzone, ale humor poprawia. Paprykarza odmówiłem jak
paciorek. Dzień siedemnasty "Lackowa" Rano pognałem na Lackową 997m. Chciałem
sobie skrócić, co zaowocowało 45 minutową wspinaczką na azymut, z
wszechogarniającym lękiem, czy aby na pewno jestem jeszcze w Polsce? Następnie
pojechałem autobusem do Ropy i pośpiesznym dotarłem do Ustrzyk Dolnych. Taki to
był pośpieszny, że w Gorlicach przerwę w jeździe miał 45 minut. A kierowcę
musiałem zagadywać, bo chyba mało spał ostatnio, bo zasypiał za kierownicą. Już
nawet myślałem, żeby mu kupić kawę, ale jakoś szczęśliwie dojechaliśmy. Z
Dolnych pojechałem do Górnych. Pogoda była niezła, nie było sensu zostawiać
Tarnicę na następny dzień, zwłaszcza, że zapowiadali opady. Nie rozbiwszy się
pognałem czerwonym na szczyt. Ach co to była za wędrówka, chyba najpiękniejsza
ze wszystkich. Bieszczady to piękne dzikie góry. Wiał halny i widać było
nadciągającą burzę, czułem się jak ptak idąc odsłoniętymi ścieżkami. Nie wiem co
sprawiło, że tak mi się tam podobało, ale Tarnicę 1346m będę wspominał. Zszedłem
niebieskim do Wołosatem, a stamtąd do Ustrzyk asfaltem jeszcze z 5km. Chciałem
to przejść i ruszyłem z kopyta. A z drugiej strony , czytałem, ze nie jest to
interesujące więc od niechcenia machnąłem i mi się zatrzymał pierwszy i pewnie
jedyny samochód, który tam jechał. Wszak to koniec Polski. To Czesi zdecydowali
się mnie podwieźć i gdyby nie oni zmoczyło by mnie do suchej nitki. Jak tylko
opuściłem ich brykę, zerwała się ładna nawałnica, że nie miałem szans nawet
rozbić namiotu. W Ustrzykach Górnych są dwa pola, jedno legalne i komfortowe,
drugie nielegalne i gówniane. Odwzorowuje się to na cenie. Jeden kosztuje 18
zeta, a drugi 5. I który wybrałem? Dzień osiemnasty "Veni Vidi Vici"
Pogwizdywałem sobie już od rana. Wszak to dzisiaj wracam do domu, zahaczając o
Świętokrzyskie i Łysicę. Zrobiłem sobie karton na Gdańsk przez Kielce i stanąłem
o 6 rano na ekspresówce w Ustrzykach Górnych, na której trudno być przejechanym
przez coś, bo nic nie jeździ. Stanąłem tak i uchichany próbowałem coś złapać.
Nic z tego oczywiście nie wyszło, ale potraktowałem to rozrywkowo. Potem
pojechałem autobusem do Dolnych i wsiadłem w pociąg do Zagórza i wyrobiłem sobie
bilet monstrum -914km z Zagórza do Tczewa. Z Zagórza pojechałem "Wetliną" do
Krakowa. W Krakowie miałem czas na zwiedzanie, poszedłem na zajebisty rynek i na
Wawel, ale było za późno i mnie nie wpuścili. Z wierzchu wygląda tak sobie,
lepsze były banany, które zjadłem na bulwarze. Już wtedy Wisła wyglądała
groźnie, a wiem, to bo nad nią mieszkam. Wychyliłem sobie browara na rynku,
spotkałem Czechów, którzy mnie podwieźli w Bieszczadach i zajadając się
obwarzankami pojechałem w nocy do Kielc. Dzień dziewiętnasty "ten ciężki ranek i
daleko do domu...(T-Love)" Kielce mimo że mają kolej to jeszcze bardzo dobrze
rozwiniętą sieć PKS. Pojechałem do Świętej Katarzyny, wlazłem na Łysicę 612m (ta
góra to bzdura) i z problemami wróciłem do Kielc (była niedziela i nic nie
jeździło, dodatkowo przez tą wioskę autobusy przejeżdżają w różnych miejscach).
W Kielcach szybka decyzja i sprint do pociągu. Odbiłem w bok do Częstochowy, bo
stamtąd miałem bezpośrednie połączenie. W Częstochowie załapałem się na
prawdziwą bitwę kibiców. Na pewno z jednej strony był Raków, natomiast kto z
drugiej? Nie mogli tego mi powiedzieć nawet miejscowi. Wyhaczyłem 4 browary do
pociągu i wio koniku.........Tczew 22.34....Wszędzie dobrze, ale w domu
najlepiej.
sierpień 2001