Bergson Winter Challenge 2005

 

"Nie wierzę, by nie było chwil, kiedy osobno powątpiewaliśmy, czy poradzimy sobie z tą najbardziej prestiżową trasą Bergson Winter Challenge"

 

Prolog

 

Nastroje w koło podejrzanie wesołe, zastanawiam się, czy to z pewności czy ze strachu. Kolorowo i ani grama bawełny. Uśmiechnięte twarze i żarty nie dają odczuć atmosfery startu największej zimowej imprezy rajdowej na świecie. Podchodząc do innych zespołów życzę powodzenia, mimo iż z wieloma będziemy rywalizować na trasie. Mam świadomość, że dobrze będzie wyjść z tej imprezy żywym, dlatego namaszczam inne zespoły, namawiam do sportowego wysiłku fair.

 

Trzy…dwa…jeden…start. Rozpoczął się Bergson Winter Challange, największy ekstremalny rajd w Europie. Połowa w lewo, połowa w prawo. Podążam za Andrzejem, który już opracował trasę prologu. Kierujemy się w stronę bankomatu..”No tak, połowa zespołów zapomniała gotówki” – myślę w duchu. Jednak nie, tak właśnie układa się trasa. Zdobywamy kolejne PK (punkty kontrolnie przyp.aut.). Doganiamy Hellmann Salomon Adventure, przypomina mi się Wolin i zwycięska taktyka Pawła, czyżby zaplanowali coś podobnego na ten rajd? Do końca prologu mijamy się i prawie równo wpadamy na ostatnich miejscach na poczętek etapu trekkingowego. Nie widzę zaniepokojenia na twarzach, to dopiero początek, początek strata niewielka.

 

Trekking

 

Akord Airport Gdańsk Team wartko ruszył do przodu. Początek etapu dawał okazję ponapierania z tymi, którzy będą walczyli o czołowe lokaty. Innych zobaczymy dopiero na mecie. Maszerujemy wspólnie, jest wesoło, parę wątków daje się obgadać z innymi zespołami. Na pierwszym podejściu wyciągane są kije, idę za Holendrem, który dość nerwowo stawia stopy. W całej tej procesji co jakiś czas wyłapuje członków zespołu. W miarę upływu godzin barwny korowód rozrzedza się. Ścieżka jest wąska, ciężko kogokolwiek wyminąć. W pewnym momencie Holendrzy ustępują nam drogi, wydać nie czują się na siłach prowadzić, mijamy ich z łatwością, zostawiamy w tyle. Pracuje całe ciało, ścieżka mimo iż przetarta przez rakiety, daje się zapadać po kolana. Czasami idziemy po czyichś śladach, jest tylko trochę łatwiej, bo ciężko utrzymywać równowagę. Ubywa kanapek i płynów. Zgodnie z planem mijają nas HSAT i FNHT, wyprzedza onet.pl, o dziwo z rakietami na plecach. W schronisku Kukułka podnoszę Holendrowi upuszczoną rękawicę, „Thanks!”. Duża sympatia po zeszłorocznych zmaganiach, zastanawiam się, czy będę go chciał za kilkadziesiąt godzin zrzucić ze zbocza. Mamy chyba podobne cele, chcemy wytrwać do mety, sport pozostawiając mocniejszym. Kłodzka Góra, Kamień Brygidy, tempo rośnie, łapiemy odpowiedni rytm, tempo rośnie, nie zauważamy kiedy się ściemnia, wpatrzeni w fakturę śniegu, czy czyjeś buty. Nikt nie ma ochoty się zatrzymywać, robi się chłodno, przystopować nas mogą jedynie potrzeby fizjologiczne. Robi się jeszcze chłodniej, wszystkie płyny w naszych plecakach solidarnie schodzą z temperaturą i zamieniają się w lodową breję. Pociągając z aluminiowej butelki zastanawiam się, kiedy zespół będzie musiał odkroić mi wargę, żeby..napić się reszty. Mijamy górę Leszek i podążamy w stronę następnego punktu, mijają nas zespoły zaopatrzone w rakiety, widzę jak w Przemasie budzi się sportowa złość, dotrzymuje kroku rakietom mimo iż zapada się w śniegu po uda. Uspokajam się w duchu, że rakiety są potrzebne tylko na pewnych odcinkach. Nie ginie moja wiara, że i bez nich dotrzemy do mety. Kiedy samotnie zbliżamy się do następnego punktu zauważam gwiazdę, która świeci jasnym światłem, tylko, że te gwiazda, jakoś dziwnie kręci się w rytm naszego azymutu. Wręcz nieprawdopodobnie prawie mam ją nad sobą i wtedy oczom moim ukazuje się kontur ogromnego wiaduktu. Niesamowity widok, dochodzę do dwóch lin, które wkrótce rozgrzeją się pracą w przyrządzie zjazdowym. Wdrapujemy się i zjeżdżamy – jest mała kolejka. Rozglądam się wkoło podczas zjazdu, ale światło diodowej czołówki ginie w mroku nocy. Sprawnie wykonujemy zadanie w podziemiach twierdzy Donżon i ładujemy się do strefy zmian.

 

2kg śniegu, choroba

 

W środku duży ruch, są cztery ostatnie zespoły. Rozglądam się, Arni śpi bez skarpet, na nogach jakieś plastry. Myślę sobie - znów czegoś zapomniał, okazuje się, że będą kimać. Napieraj ukryci w innym pokoju szykują się na rower.

 

Herci ostrzega o zimnej nocy. Mażemy się tłustym kremem, nigdy tego nie robiłem bez lustra, wyobrażam sobie, że wyglądam jak bokser przed ostatnią rundą, zasmarowany jakimś legumicznym badziewiem. Ubieramy się na maksa i wsiadamy na rower. Lampa Gosi odmawia posłuszeństwa, wymieniamy baterie i w drogę. Zostawiamy w tyle napieraj, widzę kogoś od nich z siodełkiem w ręku..ruszam, nie dochodząc do żadnego wniosku co się mogło stać

 

Pierwsze km, chciałoby się jechać w okularach, ale parują niemiłosiernie i chowam do plecaka. Droga miejscami pokryta śniegiem po kostki, tośmy właśnie ćwiczyli na treningach – myślę w duchu. Co rusz obserwuje jest rzuca Gochą na lewo i na prawo i ta jedzie wolno, wolniej w końcu jedziemy w tempie szybkiego marszu. Co rusz ktoś z nas zalicza kręci ósemki. Przywalony niezjedzonymi batonami z pierwszego etapu duszę się pod naciskiem plecaka, rezygnuje pasów biodrowego i piersiowego – teraz przynajmniej mogę oddychać. Jestem ubrany jest nurek, czuję jak pot leci mi po plecach. Podjeżdżamy pod przełęcz Woliborską, doganiają nas napieraje, patrzę wszyscy mają siodełka. Gosia zjeżdża wolno, obserwuje z tyłu jak spina się na rowerze, próbuje pokazać jej, że można zjeżdżać szybciej. Andrzej i Przemas zjeżdżają znacznie szybciej, pojawiają się pierwsze oznaki zdenerwowania, że tak mocno nam odjeżdżają. Po śladach szukam, w którą stronę jadą. Krótka narada i konsensus, że powinniśmy trzymać się razem. Drogi robią się coraz gorsze, spodziewałem się tego po Pawle. Podpowiadam sobie, że im dalej na rowerze, tym raczej powinno być łatwiej. Momentami nie da się jechać, prowadzimy rowery przez długie kilometry, zmieniamy strony, pomagamy Gosi. Wszelkie próby jazdy kończą się po parędziesięciu metrach. Po wypiętrzeniu schodzimy do Zygmuntówki. Pije płyny jeden za drugim, jakby zapominając, że dźwigam na sobie 2l istostara i redbule. I tak już do końca, jak wielbłąd biorę za dużo. Robimy sobie 5minut drzemki, potem jeszcze raz. Atakujemy Wielką Sowę nieprzetartym szakiem. Po kilkunastu minutach ciężko się wycofać. Prowadzimy  godzinami rowery do przodu i do przodu. Zmieniamy się w torowaniu, hol pracuje, 100metrów i kilka oddechów i tak w kółko. Ciężko idzie, zaspy miejscami metrowe, denerwuje się, wreszcie jest wieża i lampion. Nie da się odpocząć bo piździ jak na Uralu, schodzimy do schroniska, jest już jasno i nie widzimy innych śladów rowerów. Klniemy w duchu, na tych co wleźli tu bez nich. W schronisku krótki popas, ładujemy jajecznice w towarzystwie kilkunastu wyglądających na rugbistów gości. Wpada Maciek Tracz, no tak myślę.. cośmy przetorowali, tośmy stracili. Nie zbija mnie to z tropu. Po kilku godzinach osiagamy Górę Św. Anny. Robi się sennie idą w ruch redbulle, koledzy łapią mnie, że nie mam siły i leje komuś pod domem. Na zjeździe znów spotykamy onet.pl. Widać, że też są już trochę dziabnięci. Zjeżdżamy z Przemasem za daleko i psujemy wariant Andrzejowi, moja strata myślę. Dalej przebijamy się asfaltami, jest szansa na osiągnięcie ponad 20km na godzinę. Obaj z Przemasem mamy problemy ze snem. Muszę co jakiś czas smarować twarz śniegiem, żeby obudzić się choć na parę minut. Pojawiają się akcje rodem z Giro, pogonie i ucieczki. Jedziemy szybciej, więc chce się pić, rozcinamy śrubokrętem Isostara i ładujemy w siebie lody, przy temperaturze -15! Droga dłuży się, wreszcie dojeżdżamy do strefy zmian.

 

Drugi Etap

 

W hotelu masa improwizacji, przez parę minut motam się, co po robić, wreszcie ustalam, jak najszybciej wszamać co się da i w kimę. Mamy z Andrzejem najlepszy czas. Budzę zespół, który ma ochotę pospać dłużej. Troche poroniony pomysł, żeby trzeba było brać swoje rzeczy do pokoi. Na kilka minut przed upływem limitu pobytu w strefie zmian tracę z oczu klaster, wracam się w obliczu kary, wiedząc jak bardzo może się przydać. Ruszamy na narty, o których napiszę, że były. Było trochę podchodzenia, które nie wynagradzały zjazdy. Ogólnie prosty był to etap, pod koniec, nad ranem drugiego dnia, trochę wzrosło nam morale wraz z piękną słoneczną pogodą

 

Wyruszyliśmy na rowery. Jest piękna słoneczna pogoda, najeżdżają paprazzi i fotografują nas przez dobry kwadrans, narzekamy z Andrzejem na plecaki. Na pierwszym postoju zjadam cztery batony, które wydaje mi się rozmnażają się w moim plecaku. Dojeżdżając do Międzygórza mijamy się z napieraj z stratą około 1 godziny. Ktoś z POPRu zauważa trochę krwi koło mojego nosa. Nic dziwnego od paru dni mam początek zapalenia oskrzeli i z nosa leci jak z węża. Troskliwe się mną zajmuje, najchętniej położyłby mnie na noszach i odtransportował do szpitala wojewódzkiego. Nie mam ochoty z nim rozmawiać, za to myślę, pokaże mu jak się przechodzi most liniowy. Sprawnie wykonujemy zadanie pod okiem Przemasa, którego doświadczenie bardzo się przydaje. Podpytujemy się jakich możemy się spodziewać problemów z etapem na Śnieżnik. Jeszcze tylko parę zdań z Piotrem Pustelnikiem i dawaj do Kletna. Sciemnia się, temperatura spada. W Siennej Andrzej wymyśla wariant, z którego brawurowo się wycofuje. Jedziemy naokoło, przez Starą Morawę docieramy do schroniska w Kletnie. Jesteśmy przemarznięci. Napieraje przygotowują się do wyjścia. Ich kobieta nie wygląda najlepiej, przy niej nasza Gosia to świeżynka. Myślę sobie, że od teraz powinniśmy móc się poruszać szybciej niż oni. Zjadamy wcześniej przygotowany posiłek i ku przeciwnym głosom decydujemy się na dłuższy sen. Po pobudce klarujemy się sprawnie i wyruszamy. Smaruje całe swoje narty klisterem.

 

Wychodzimy z nartami na Śnieżnik, na początku dużo chodzenia. Cieszę się z tego niezmiernie, im bliżej będziemy grani, tym krótsze będzie wspinanie. Ale w pewnym momencie zmuszeni jesteśmy założyć narty. Pierwsze strome podejście i widzę, że wszyscy ślizgają się oprócz mnie. Próbuje nasmarować narty Gosi, ale ku mojemu zdziwieniu klister jest bezużyteczną w tym stanie bryłą, którą nie da się niczego posmarować. Trudno, trzeba sobie radzić. Andrzej na śladówkach ciągnie Gosie, ja Przemasa, linka wrzyna się i zaciąga ciasno, brakuje oddechu. Na zjazdach rozczepiamy się w trosce o moje Achillesy. Ociekające klejem narty jadą bardzo wolno, ale jest para w łapach, także nie odstaje. Jest wreszcie trochę przyjemności, długie łagodnie zjazdy. Skręcamy w niewłaściwą drogę i tracimy pół godziny na nic nie dającym podejściu. Trzeba wracać. Drogą nie przełęcz Płoszyna wydaje się nie mieć końca, wreszcie jest. Stoi samochód na gdańskich blachach. W środku błoga temperatura, podbijamy i łapiemy parę łyków herbaty. Punktowi informują nas, że decyzją sędziego możemy nie wchodzić na Śnieżnik i Czarną Górę i już wracać do Kletna. Nie mamy na to najmniejszej ochoty. Jest dopiero 11 rano i nie po to spaliśmy 6h aby teraz wracać do Kletna. Kapitan przekonuje sędziego, że jest para i ochota i wyruszamy. Droga na Śnieżnik nie należała do łatwych, śnieg początkowo był bardzo głęboki i było parę trudnych „uskoków” ale nakręcało nas, że jeśli już się wdrapiemy, to nic nie powstrzyma nas od dotarcia na metę. Na śnieżnik wchodzimy w świetnym czasie, prowadzi Gosia! Na górze jest kosmicznie, patrzę wkoło i czuję się jak na innej planecie! Widoki piękne. Naprawdę warto mówię w duchu. Jesteśmy w euforii, bawimy się na zjazdach, Andrzej z przodu, on najlepiej jeździ na nartach. Zjeżdżamy tak, aż widzę postać, która idzie do góry i krzyczy „Poczekajcie! Poczekajcie!” Okazuje się, że solidnie zjechaliśmy do naszych południowych sąsiadów! Podchodzimy z mozołem, ale nie potrafimy znaleźć właściwego szlaku. Przemasa opuszcza euforia, trochę smęci i chyba udaje zmęczonego. Fakt wpadł do jakiejś niecki i przed kilka minut nie mógł się wydostać.

Wreszcie odnajdujemy szlak i zjeżdżamy pod schronisko. Zdaje sobie sprawę, że trochę straciliśmy cennego czasu, jednak nie tak dużo, aby zaliczyć Czarną Górę i zjechać do Kletna. Stanowczo temperuje wszelkie zapędy ku temu. Po piętnastu minutach już zjeżdżamy, zdobywamy kolejny punkt i przemoczeni harcami na nartostradzie meldujemy się po 20 w Kletnie.

 

Ostatni etap mogę nazwać tragikomedią. Wyjechaliśmy spiesznie z Kletna. Odstaje z początku, bo mam tylko dwójkę i trójkę z tyłu. Łapiemy punkt w Lądku. Dziewczyny są bardziej zaskoczone od nas. Przekazujemy, żeby chłodzili szampana i ruszamy do Złotego Stoku. Jedzie się całkiem całkiem. Gocha podjeżdża praktycznie bez zatrzymania! To my z Andrzejem podprowadzamy rowery. Jest bardzo zimno. C.D.N.

 

kwiecień 2005

 

[powrót]